2026
„Jesteśmy tylko przyjaciółmi” Moniki Klary Krajaniak – rodzinna historia, od której trudno się oderwać | Recenzja
Są książki, przy których mam mały problem: chcę wiedzieć, co będzie dalej, ale wcale nie chcę ich kończyć. Czytam kolejne strony, a jednocześnie żal mi, że zostaje ich coraz mniej. Tak właśnie było z pierwszym tomem „Rodziny Tylczyńskich”. Bardzo dobrze spędziłam czas z tą powieścią i już teraz wiem, że chciałabym jeszcze wrócić do jej bohaterów.
Otwierając jej karty, odwiedzamy wyjątkową rodzinę. Wchodzimy w codzienność Tylczyńskich, poznajemy ich bliskość, wzajemne relacje i sprawy, które ich zajmują. Lubię takie historie. Zaczynam od poznawania imion, próbuję się zorientować, kto jest kim, a po pewnym czasie już po prostu obchodzi mnie, co u tych ludzi słychać. Tutaj właśnie tak się stało.
Przyjaźń, która przestaje być oczywista
Mela wkracza w dorosłość. Ma kochającą rodzinę i Daniela, bliskiego przyjaciela, bez którego trudno jej wyobrazić sobie codzienność. Jednak jego wyjazd na studia zmienia ich relację. Pojawia się odległość, nowe doświadczenia i tęsknota. To, co wcześniej wydawało się pewne, zaczyna budzić wątpliwości.
Czy można przyzwyczaić się do czyjejś obecności tak bardzo, że przestaje się dostrzegać własne uczucia? A kiedy ta osoba nagle jest daleko, za czym właściwie tęsknimy: za przyjaźnią czy za czymś, czego dotąd nie potrafiliśmy nazwać?
Nie będę opowiadać Wam kolejnych wydarzeń. Sama lubię odkrywać historię podczas czytania, więc zostawię Wam tę przyjemność. Zdradzę tylko, że miałam ochotę towarzyszyć bohaterom dalej i sprawdzać, jak poradzą sobie z tym, co przyniesie im życie.
Lekko napisana, bliska prawdziwemu życiu
Bardzo podoba mi się styl Moniki Klary Krajniak. Jest lekki i naturalny, dzięki czemu przez książkę przechodzi się płynnie. Nie musiałam się do niej przekonywać ani długo czekać, aż poczuję zainteresowanie. Czytałam i właściwie cały czas byłam ciekawa następnych stron.
Autorka pisze z sercem. Tak to odebrałam, szczególnie w sposobie przedstawienia rodzinnych relacji. Jest w tej opowieści coś bliskiego, co sprawia, że łatwo zaangażować się w życie bohaterów. Dla mnie duże znaczenie miał też realizm. Lubię, kiedy podczas lektury mogę pomyśleć, że mogłabym znać podobnych ludzi, a ich rozterki nie wydają mi się odległe od zwyczajnego życia.
Choć książkę czytało mi się lekko, nie oznacza to, że równie łatwo było ją odłożyć. Wciąż chciałam wiedzieć więcej. Co się zmieni? Jak potoczy się ta relacja? Czy bohaterowie powiedzą sobie to, na co czekam? Ta ciekawość towarzyszyła mi przez lekturę i została ze mną także po jej zakończeniu.
Z nimi chciałabym zostać na dłużej
Najbardziej cieszy mnie to, że polubiłam bohaterów. Mogę docenić pomysł na fabułę czy sposób pisania, ale jeśli losy postaci są mi obojętne, zwykle szybko zapominam o książce. Z Tylczyńskimi jest inaczej. Nadal jestem ciekawa, co u nich słychać, i mam ochotę poznać dalszy ciąg.
Podczas czytania towarzyszyło mi więc to przyjemne niezdecydowanie: jeszcze trochę poczytać czy zostawić sobie coś na później? Oczywiście, ciekawość najczęściej wygrywała. Trudno oszczędzać strony, kiedy tak dobrze spędza się przy nich czas.
„Jesteście tylko przyjaciółmi?” doceniam za lekkość, za rodzinny charakter tej historii i za to, że zainteresowanie bohaterami nie skończyło się wraz z ostatnią stroną. To był dla mnie udany początek znajomości z Tylczyńskimi. Z przyjemnością będę ją kontynuować.
Moje krótkie podsumowanie
Jeśli lubicie powieści obyczajowe o rodzinie, bliskości i uczuciach, które czasem trudno zrozumieć nawet samemu sobie, zachęcam Was do sięgnięcia po tę książkę. Dajcie sobie czas na poznanie Tylczyńskich. Ja bardzo się cieszę, że ich odwiedziłam.
A Wam zdarzyło się tęsknić za bohaterami zaraz po skończeniu książki? Do jakiej literackiej rodziny najchętniej wrócilibyście z kolejną wizytą?


Z całego serca dziękuję za tak piękną recenzję 💚
OdpowiedzUsuń